Bohaterowie 1. października

No i marsz miliona serc przeszedł ulicami Warszawy ale i przetoczył się po całej Europie. Światowe media komentują to wydarzenie na pierwszych stronach, porównując złośliwie (jakież one są stronnicze!) z konwencją pisu w katowickim Spodku…

Ale ja nie o tym, wracając autobusem (niezbyt wygodnym, niestety) do Świdnicy, przeglądałem Internet. Oczywiście eksplozja zdjęć ulic Warszawy ale też sporo relacji z pobitych rekordów, życiówek, górskich szczytów itd… Bohaterzy tych wydarzeń prężą muskuły na zdjęciach, błyskają białymi zębami i medalami jeśli takowe były. Przyznaję, że poczułem się tym zniesmaczony. Rok ma 360 dni na takie zmagania się z własnym organizmem czy stawania w szranki różnej maści zawodów. Marsz dla Ojczyzny, taki marsz zdarza się raz, prawdopodobnie raz w życiu, ten jeden raz można było (wiem, patetyczne ale nie znajduję innego określenia) podarować kawałek siebie Ojczyźnie, trochę zmęczenia, trochę dyskomfortu. A tu…. szkoda gadać aby nie powiedzieć za dużo.

Dla mnie ten dzień, to dzień bohaterów, bohaterów ulicy Warszawy, którzy już ciemnym rankiem wsiadali do mniej, bardziej komfortowych autokarów, niewyspani ale uśmiechnięci, radośni, godzinami jechali by stawić się na wezwanie wodza, OJCZYZNA GORE , przybywajcie! (tak, sienkiewiczowskie, pompatyczne itd. ale w takim jestem właśnie nastroju).

A na ulicach stolicy…To było niesamowite przeżycie iść razem, rozmawiać z każdym kto pojawił się obok, uśmiechać… My, Polacy nie jesteśmy znani z takiego luzu, zwykle spięci, patrzący na nieznajomych spode łba. Zawsze zastanawiało mnie zjawisko z górskich szlaków, póki spotykamy się w górach, pozdrawiamy się, uśmiechamy do siebie, ale już na parkingu po zejściu stajemy się normalni, znowu patrzymy spode łba, za uśmiech chętnie damy w mordę, bo czego się szczerzysz itd…

No więc na tym marszu byliśmy na szlaku, potężnym, szerokim, szlaku otwarcia, życzliwości, uśmiechu… I to było piękne.

Ale wracając do moich bohaterów, bohaterami byli wszyscy ale tacy super bohaterowie to ci, którzy zmagali się ze słabością własnego ciała, chorego, zużytego przez wiek… szli, powoli ale nieustępliwie, jechali na wózkach, widziałem takich, widziałem niewidomego trzymającego się plecaka przewodnika, widziałem też starszego pana, którego ciało zbuntowało się. Został błyskawicznie zaopiekowany i zabezpieczony. Tu pojawili się kolejni bohaterowie, ratownicy, lekarze, ratownicy piesi, na motocyklach, byli wszędzie gdzie trzeba było, policjanci, których było sporo błyskawicznie reagowali na nieprzewidziane sytuacje kierując pomoc i zabezpieczając miejsce. Nie było zbędnych gestów, była życzliwość, a nawet na drobne złośliwości odpowiadali uśmiechem.

Jak na przemarsz miliona ludzi, wszystko odbyło się spokojnie, gładko, bez jakichkolwiek szkód, nawet przy rzadkich tojtojkach ludzie stali w zdyscyplinowanych kolejkach, śmieci lądowały w koszach lub tuż koło nich, jednak obserwowałem, że najczęściej wracały do plecaka. Efekt, po przejściu miliona ludzi ulice były praktycznie czyste. Wygląda na to, że piękne wydarzenia generują piękne zachowania. Przypomniał mi się obrazek z protestów na Białorusi, słynne zdjęcie ludzi stojących na ławce, żeby coś tam zobaczyć w tłumie, stali na tej ławce…w skarpetach, a buty pod nią.

Powrót. Mimo długiego oczekiwania na autobusy, zmęczenia, tłumu, zero agresji, sprawne przemieszczenie strumieni ludzi, sprawne panowanie przez policję i służby marszałkowskie nad nadjeżdżającymi nieprzerwanym strumieniem autobusami, szybki załadunek ludzi i odjazd… Nawet na autostradzie kiedy tkwiliśmy w wielokilometrowych korkach w autobusie było wesoło, bez narzekań i tak właściwego nam utyskiwania…

Krótko mówiąc, dzień ten przyniósł ogromny ładunek dobrej energii wszystkim, także tym którzy przed telewizorami oglądali relacje z gęsią skórą na plecach 🙂

tekst:  Zgredek
foto: w.s.

Czemu nie lubię Platformy?

Nie lubię ale uważam, że to KO z Platformą na czele jest najsensowniejszą nadzieją na obalenie autokratów z prawicy.

Dla czego nie lubię? Z wielu względów.

Przede wszystkim za to, że tak fajansiarsko oddali władzę w 2015.

Jak do tej pory nie widziałem i nie słyszałem jakiejkolwiek poważnej analizy tych porażek ze strony PO.
Mimo, iż nie jestem politologiem, pokuszę się o ich diagnozę, diagnozę z punktu widzenia wyborcy, sympatyka i obserwatora.

Po pierwsze dramatyczna utrata kontaktu z elektoratem.
Walki wewnętrzne „baronów” platformy, skupiające się na utrzymaniu pozycji w partii a nie pozycji partii w społeczeństwie.
Brak silnego przywódcy, który potrafiłby to towarzystwo krótko złapać przy uździe i zagnać do roboty.
Beznadziejna kampania została skierowana do inteligencji i przedsiębiorców, zostawiając szarego człowieka samemu sobie.

Druga strona odwrotnie, wykupili meta analizy nastrojów społecznych, prezes całe towarzystwo wziął za ryj i kazał ciężko pracować, ukryli najbardziej kontrowersyjne postaci a wysunęli na czoło „sąsiadkę, sklepową”. Bo przeciętny elektorat nie lubi „baronów”, woli swoich, sklepową, sołtysa, nasi to nasi… Prawica zwróciła się do najliczniejszej części społeczeństwa, niewykształconej, źle lub wcale nie zarabiającej, wierzącej i chodzącej do kościoła, bo doskonale znali nastroje społeczne tej grupy i wiedzieli że populistyczne obietnice zostaną przez nich łyknięte jak ryba przez kormorana.

Po drugie lenistwo, lenistwo w kontaktach z elektoratem, lenistwo i brak umiejętności w prezentowaniu osiągnięć mijającego okresu władzy. A przecież było ich sporo, tylko przed wyborami kto o nich wiedział? A można było opracować infografiki, memy, hasła w Internecie, uruchomić boty, które by nas zalały takimi informacjami. Tylko po co, ważniejsze były kłótnie o miejsce na liście i jak wyślizgać potencjalnych sojuszników?

Druga strona później mistrzowsko to wykorzystała prezentując wyniki wieloletniej pracy rządu PO jako swoje sukcesy.

Po trzecie praca w Internecie to jakiś dramat, zero profesjonalizmu. Strony PO wyglądały, jak by były prowadzone przez znajome dzieciaki z ulicy a nie profesjonalistów, byle jaki kontakt z wyborcami.

Druga strona uruchomiła potężną maszynę propagandową, wykupując usługi farm trolingowych, uruchomili sprawne strony www i tysiące kont w mediach społecznościowych. Nie było siły żeby przegrali. Jednak „baronowie” platformy nie dostrzegali nadciągających chmur i dalej uprawiali swoją politykę skierowaną do inteligencji i ludzi zamożnych, nie dostrzegając faktu, że ci stanowią zdecydowanie mniejszą część społeczeństwa.

Oglądam spotkania z mieszkańcami, chodzę na nie, słucham i szukam jakiś znaków, że jednak przemyśleli swoje porażki, że mają pomysł… Jak do tej pory nie słyszałem i nie widziałem, żeby Platforma zmieniła swój sposób bycia, no może próbują pokazać że są bliżej ludzi, ale nadal jest to garnitur polityków tych samych od kilkunastu lat, mówią to samo w taki sam sposób, do tej samej grupy społecznej, a to błąd, bo jaki jest sens przekonywać przekonanych…?

Wymyślili sobie jakieś hasła głównie gospodarcze, sztandarowe, populistyczne, zostawiając ludzi młodych z ich lękami o przyszłość, zostawiając ludzi słabo zarabiających z ich lękami że jak PO wróci to znikną „plusy”, dzięki którym jakoś wiążą koniec z końcem.

A teraz co o tym wszystkim myślę.

ANI razy nie słyszałem dialogu społecznego platformy ze środowiskami ekologicznymi, nie znam programu wychodzącego na przeciw obawom o stan środowiska ale za to Donald Tusk obiecał na Śląsku, że nie zamknie kopalni. Rozumiem, że przed wyborami można obiecywać złote góry wszystkim, jednak czasami złota góra dla jednych to góra gó.na dla innych. Tak jest z węglem, trzeba mieć pomysł na transformację energetyczną, na przekwalifikowanie przemysłu wydobywczego na inny, może budowa odnawialnych źródeł energii, magazynów energii, serwis urządzeń itd…

Wyborcy widzą, że PO nie ma POmysłu na przyszłość a jedynie walczy o stołki. Ta karuzela stanowisk partyjnych w naszej świadomości społecznej musi się zatrzymać. Politycy do Sejmu ale do rządów fachowcy, goście którzy nie będą chyłkiem uciekać przed pytaniami, nie będą popełniać idiotycznych błędów, będą rozwiązywać problemy naszego kraju w oparciu o własną wiedzę a nie wróżenia z fusów.

Chciałbym takie stwierdzenia usłyszeć na spotkaniach z politykami platformy.

Jak dotąd, poza punktowaniem pisu nie usłyszałem od polityków Platformy w jaki sposób chcą zadbać o rzeki, jak widzą rozwój OZE, jak będą prowadzić gospodarkę leśną, w jaki sposób chcą się rozprawić z mafijnym charakterem PZŁ. Ludzi przywiązujących poważną wagę do środowiska jest w naszym kraju bardzo dużo, głównie młodych, czyli tych o których będzie rozstrzygała się batalia podczas wyborów. Myśliwych mamy około 130 tys. Mimo to każda posłanka czy poseł zagadnięty o rolę myśliwych w ich partii czy klubie poselskim, krzywią się z niesmakiem ale nie chcą się na ten temat wypowiadać. Dla czego? Bo się boją, bo to jest ponad partyjna mafia mająca swoje macki w sądach, prokuraturach, kościele, wszystkich służbach i urzędach.

Rozmawiałem o tym z jednym z „baronów” PO z Dolnego Śląska, przed wyborami 2015 r. Niestety nie potraktował tego poważnie, bardziej był pochłonięty idiotycznym spiskowaniem, które wyszło im bokiem. Ale tak to już z „baronami” jest, wszystko wiedzą lepiej. A jak wiadomo pycha dąży przed upadkiem.

Piszę to wszystko nie jako sympatyk obecnej władzy (brrr) ale jako przyjaciel KO mający wielką nadzieję na zmianę rządu i przewagi w sejmie na lewicowo liberalny, czyli KO. Szlak mnie trafia, kiedy pomyślę, że naszym krajem mógłby znowu rządzić pis z np. konfederacją!

Ale jeśli wygrają, to winni będziecie znowu wy, politycy Platformy Obywatelskiej, bo jak napisał kiedyś Saint Exuperi w Ziemia Planeta Ludzi: to że ludzie nie chodzą do kościoła to nie wina ludzi tylko kościoła, to że dzieci nie chcą chodzić do szkoły to nie wina dzieci tylko szkoły. Parafrazując Exuperego twierdzę, że jeśli wyborcy nie zagłosują na KO to nie dla tego, że ludzie są głupi i prostaccy tylko dla tego że nie POtrafiliście do nich dotrzeć i ich do siebie przekonać.
W.S.

Zderzenie z dzisiejszym światem

Tyle co udzieliłem „dobrych rad” jako komputerowy „czarodziej” w moim środowisku, tyle podpowiedziałem pomysłów na zabezpieczenie się przed piratami… I co? Jasne, że szewc bez butów chodzi, toteż dopadli i mnie. Mimo wcześniejszego włamania na moje konto twittera, nie zabezpieczyłem jakoś specjalnie mocno swojego konta Facebook.

No i w trakcie pracy wyskoczył komunikat, że nie mam dostępu do konta! Wyobraźcie sobie moje zdumienie. Oczywiście powiadomienia o poczcie mam wyłączone, bo przeszkadzają w skupieniu się… A FB przysłał ostrzeżenie, że ktoś dodał adres mailowy na moim kocie, jakiś koleś z Michigan, kolejny mail, że dodał numer telefonu, kolejny że usunął moje konto mailowe i telefon a ja, jak ten jołop poczty nie widziałem…

Skończyło się na rozpaczliwych próbach automatycznego odzyskania konta, jednak nic z tego nie wyszło… Czekam na odzew z FB, bo oni natychmiast zablokowali konto i dzięki Bogu i sztucznej inteligencji, bo haker pewnie nie bez powodu przejął konto, nie zdążył narobić szkód.

W międzyczasie założyłem nowy profil, tym razem zabezpieczyłem go dwuetapowym logowaniem. W tym celu pobrałem na telefon apkę microsoftu, podłączyłem do niego nowe konto fb i teraz podczas logowania apka generuje kod cyfrowy, którego nie może mieć nikt inny. Uff!. Gorąco polecam takie zabezpieczenie swojego konta!

A robimy to klikając będąc na swoim profilu, miniaturowe zdjęcie profilowe (prawy górny róg), potem kolejno >ustawienia>ustawienia>blok  Uwierzytelnianie dwuskładnikowe>Używaj uwierzytelniania dwuskładnikowego> i dalej zgodnie z tym co system podpowie.

Na koniec kilka wskazówek jak nie dać się piratom, hakrerom, naciągaczom.

Na FB ZANIM przyjmiemy zaproszenie od nieznanej osoby klikamy na jego profil, jeśli jest tam kilka zdjęć, bez tekstów, albo z dziwnymi wpisami, zwłaszcza ze świata, odrzucamy bezwzględnie takie zaproszenie, na 99% to lipne konto.

W poczcie email nie klikamy w maile z nieznanych adresów, ZWŁASZCZA z intrygującymi tytułami, hakerzy to spece od socjotechniki, a lipny mail wystarczy otworzyć by uaktywnić wirusa.

Wszelkie prośby o pożyczki, ratowanie w gardłowej sytuacji przez podesłanie pieniędzy blikiem, wszelkie przesyłki, paczki nie zakupione wcześniej, zawiadomienia od kurierów itd, nie reagujemy, oznaczamy jako spam i kasujemy. Często są to wiadomości na Messengera z rozpaczliwym błaganiem od przyjaciela czy kogoś z rodziny o szybkie podesłanie blika z gotówką. Jasne, może się zdarzyć ale NAJPIERW ZADZWOŃMY, SKONTAKTUJMY SIE BY POTWIERDZIC SYTUACJĘ.! Nie dajmy się ponieść emocjom, bo to sa specjaliści od emocji właśnie.

Na koniec, w razie wątpliwości sprawdzamy w mailu dokładnie nadawcę, najczęściej są to lipne adresy, nie klikamy w żadne linki znajdujące się w takich wiadomościach, nie otwieramy załączników, nawet erotycznych obrazków, bo w grafikach często zaszyte są wirusy…

Powodzenia w nierównej walce z hakerami, i nie miejcie złudzeń, że Was nie wezmą na celownik!
W.S.

Czy młodzi w polityce to lek na całe zło?

foto:Crowd Media

Co jakiś czas politycy robią sobie z młodych ludzi hasło wyborcze.

Młodzi są odważni, kreatywni, ambitni, oni na pewno zmienią nasze życie, stawiamy na młodych!

Ostatni mit ap Tuska we Wrocławiu z młodymi (nie tylko, bo sporo tam było ludzi w co najmniej w średnim wieku) sympatykami opozycji… Po budującej przemowie ekspremiera przyszła kolej na pytania z sali… Zrobiło się dziwnie.

Młodzi ludzie zapytali wprost o wsparcie Tuska dla młodych w strukturach partii, „odkorkowanie” drogi awansu, blokowanego przez starszych.

Premier obiecał przyjrzeć się sytuacji i „poprosić” niektórych polityków lokalnych by „się posunęli” i zrobili miejsce dla młodych.

Kamera pokazała wówczas starszych uczestników mitingu, no nie mieli najszczęśliwszych min…

Znając zamordystyczny sposób zarządzania dużymi partiami, w tym i PO, można się domyślać, że były to zawoalowane pogróżki dla aparatu, bierzcie się do roboty albo… „posuńcie się”.

Pewnie narażę się szczególnie młodszym czytelnikom, kiedy powiem, że takie forowanie młodych, wyłącznie dla ich zasług płynących z roku urodzenia jest błędem.

fot: WP Wiadomości

Świetną ilustracją tego poglądu są awanse pisowskiej młodzieży, czy wyszło z tego cokolwiek dobrego, poza tysiącami memów wyśmiewających młodych pisowskich polityków? I nie mówię tu tylko o kilku młodzieniaszkach na ministerialnych stołkach, popatrzcie co się dzieje w pisowskich mediach społecznościowych, co wyprawiają młodzi „dziennikarze” w mediach głównego pisowskiego nurtu. Powiedzieć żenada to nic nie powiedzieć.

Niestety, nie mamy ekskluzywnych kuźni kadry politycznej, jedynym rezerwuarem świeżej krwi w polityce są młodzieżówki partyjne. Problem polega na tym, że gromadzą one młodych ludzi nie widzących się na innych polach społecznych. Kiedyś mówiło się tak o nauczycielach, nie dostał się na żadne studia to poszedł na nauczyciela… Teraz idzie do młodzieżówki. Oczywiście takie twierdzenie zastosowane do wszystkich młodych ludzi jest krzywdzące, cześć z nich to rzeczywiście mądrzy, błyskotliwi, inteligentni i pracowici ludzie. Jak jednak ich wyłuskać z reszty? Ano przez staże, pracę w biurach, stawianie wyzwań.

Polityka nie jest dla ambitnych karierowiczów nie posiadających innych zalet poza rządzą władzy, kariery i szybkiego „ustawienia się”. To jest twarda gra na otwartym boisku, bez umiejętności, samozaparcia, pracowitości i DOŚWIADCZENIA taki gracz bardzo szybko staje się pośmiewiskiem a co gorsza szkodnikiem.

 

Partie absolutnie powinny przemyśleć system szkolenia młodych kadr, bo bez nich popadają w skostnienie, jednak wyszkolone kadry muszą być perfekcyjne, błyskotliwe, mające silny kontakt z otaczającą rzeczywistością, krytyczny (nie mylić z krytykanckim) stosunek do własnej partii, dające nadzieję zmiany na lepsze…

z.

ps. przepraszam za ilustracyjne zdjęcia, zwłaszcza to pierwsze, chciałem jednak by było dosadnie 😉

Mapa konfliktu w Ukrainie aktualizowana na żywo!

Poszukując najnowszych wiadomości z ukraińskiego frontu, bo tam dzieją się nieprawdopodobne (ale wspaniałe z naszego punktu widzenia) rzeczy, trafiłem na takie mapy.

Szukałem takiej „najświeższej” mapy, bo sytuacja zmienia się tam z godziny na godzinę, tak że nawet fachowcy komentujący w podcastach czy duże media nie nadążały z przesuwaniem granic zasięgu wojsk na swoich mapach. A tu proszę, mapa aktualizowana praktycznie na żywo!

Jak pisze geoforum jest to mapa praktycznie na żywo pokazująca zmiany nie tylko na frocie ukraińskim ale i na Syryjskim, w Izraelu (incydenty zbrojne między Palestyńczykami a Izraelem) i w USA (tam rzecz jasna chodzi o incydenty z bronią).

Mapa działa w ramach projektu Liveuamap, jest próbą uporządkowania doniesień na temat wszelkich wydarzeń wyżej wspomnianych, ponieważ świat jest zalewany potokiem informacji często będących mylnymi.

Każda informacja nanoszona na mapę w ramach tego projektu ma podane źródło, a są nimi są zarówno portale informacyjne, jak i media społecznościowe. Pomaga to użytkownikowi samodzielnie ocenić wiarygodność poszczególnych doniesień.

Na mapę tej inicjatywy od rana nanoszone są lokalizacje wszelkiego rodzaju rosyjskich ataków: lotnictwa, wojsk pancernych czy marynarki, w tym eksplozje o bliżej niezidentyfikowanych przyczynach, a także przejazdy kolumn transportowych. Znajdziemy tu także doniesienia o ewakuacjach, zestrzeleniach wrogich maszyn czy formach wsparcia sojuszników Ukrainy.

Autorami mapy jest inicjatywa Liveuamap (Live Universal Awareness Map) założona w 2014 roku przez grupę ukraińskich informatyków i dziennikarzy. Jak wyjaśniają jej przedstawiciele, ich celem jest informowanie o ważnych wydarzeniach na całym świecie – konfliktach, protestach, klęskach żywiołowych czy sprawach związanych z ochroną zdrowia. Wykorzystują przy typ podejście „map-centryczne”, tak aby każdy użytkownik mógł łatwo znaleźć informacje dla lokalizacji, która interesuje go najbardziej.

Prezentowane tu wydarzenia są w pierwszej kolejności wyszukiwane przez algorytmy sztucznej inteligencji przeczesujące różne portale informacyjne i serwisy społecznościowe w poszukiwaniu wartościowych informacji. Przed publikacją na mapie są one weryfikowane przez zespół fact-checkerów.

Jak dla mnie jest to wspaniałe źródło informacji, kolejny dowód na to, że Ukraińcy są ludźmi mądrymi, świetnie zorganizowanymi, mającymi kapitalne pomysły. Brawo i dziękuję!

Link do mapy konfliktu na Ukrainie na przeglądarkę na PC

Link do mapy na Goole Play Telefony z androidem

Link do mapy na AppStore Telefony apple

Z

W rocznicę śmierci Jurka Porębskiego

Autor z Jurkiem Porębskim na Gople

19 sierpnia 2022 – minęła rocznica śmierci Jurka Porębskiego.

Z niektórymi ludźmi to jest tak, że uważa się ich podświadomie za nieśmiertelnych. Kiedy jednak odejdą, zawsze to jest niespodziewane, jak grom z jasnego nieba.
Tak było z Jurkiem, przynajmniej dla mnie.

Niewielu ludzi, z którymi w życiu rozmawiałem, nie słyszało o Porębie, bywali tacy co nie wiedzieli kim był Teliga ale kim był Jurek doskonale wiedzieli, a często byli to ludzie nie związani ani z morzem ani z żeglarstwem.

Kim był Jurek? Nie będę powielał tu jego życiorysu, bo ten łatwo znaleźć w internecie. Za to napiszę kim był dla mnie, jak ja go odbieram.

Jurka poznałem w latach 70., on pracował w świnoujskim oddziale Morskiego Instytutu Rybackiego jako naukowiec, a ja w mieszczącym się kamienica bliżej portu, Muzeum Rybołówstwa Morskiego. Odwiedzaliśmy się wzajemnie, bo Jurek pracował z moim starszym bratem, więc ja odwiedzałem ich a oni wpadali do mnie, często z pomocą przy urządzaniu wystaw.

Jurek zawsze był człowiekiem pogodnym, trochę jowialnym, bez śladu zarozumialstwa czy jakiegoś kompleksu wyższości, mimo że już wówczas był znanym naukowcem ale i muzykiem oraz szantymenem.

Kilka lat później los rzucił mnie na pokład „Gopła” trawlera świnoujskiego armatora rybackiej floty dalekomorskiej. Statek ten dostał zadanie przetestowania nowej, w naszej flocie, metody połowu pławnicami oceanicznymi. Zamustrowałem tam jako mistrz przetwórstwa, pierwszy rejs próbny miał być przeprowadzony na Północnym Atlantyku w rejonie podzwrotnikowym. Ucieszyłem się bardzo widząc, że na pokład ładuje się tyczkowata postać Jurka, no- pomyślałem-będzie przynajmniej wesoło. I nie rozczarowałem się. Jurek okazał się świetnym kolegą, zapalonym brydżystą, no i oczywiście znakomitym gawędziarzem.

Kiedy omijaliśmy górą Biskaje, bo w zatoce szalał naprawdę groźny sztorm, którejś nocy rozpędzona z południa fala nakryła statek, nasze dzielne Gopło najpierw położył się na burcie, jakby przysiadł w wodzie potem powoli wstał i wychynął z kipieli, a przez otwarte wywietrzniki i zejściówki na dół popłynęła strumieniami woda morska. W tym momencie nastąpił black out, stanęła maszyna, agregat a co za tym idzie wszelkie urządzenia. Na chwilę zapanowała przeraźliwa cisza, słychać było falę uderzającą o burtę ale przez statek przede wszystkim niosły się piętrowe „błogosławieństwa” rybaków, którzy mieszkali w kabinach poniżej poziomu wody, na tzw. „Manhattanie”. Piszę o tym wydarzeniu na stronie morze-morze, zresztą na tej stronie piszę o Jurku, bądź o wydarzeniach w których on brał udział a ja byłem świadkiem w kilku tekstach, polecam ten link.

W każdym razie, Jurek już wieczorem skomentował ten fakt skoczną piosenką, słynną już dzisiaj „Sztorrrmową bossanową”. Cały gniew z chłopaków wyparował, prali i wieszali upapraną bieliznę i ciuchy, nucąc ją pod nosem, bądź śmiejąc się w głos z przygody i piosenki.

Taki Jurek był, zawsze życzliwy, skory do pomocy, nie dość że nie konfliktowy to często w trudnych sytuacjach rozładowywał napięcie, łagodził, negocjował. Kiedy wybuchał jakiś konflikt w załodze mawiał do zacietrzewionych „kogutów”, chłopaki, z tego pokładu nie da się zejść, pozabijacie się albo pogodzicie i jakoś swoje sprawy poukładacie, inaczej się nie da…

Z Jurkiem zrobiłem jeszcze dwa rejsy na Gople, jeden 180 dni na Pacyfiku a drugi tyle samo trwający, tyle że na południowym Atlantyku, trochę poniżej Falklandów.

Z obydwu wspominam go jak najcieplej, zawsze brał żywy udział w życiu załogi, znakomicie się z nami czuł, dla niego stopień czy hierarchia miały średnie znaczenie, liczył się człowiek.

Lata później, kiedy w Świdnicy organizowaliśmy Dni Żagli ( w Świdnicy, pod Wrocławiem!), pomyślałem, że fajnie by było zaprosić Jurka żeby nam zaśpiewał, zadzwoniłem, po serdecznym powitaniu i sprawdzeniu jego kalendarza stwierdził, przyjadę, a co!

No i przyjechał, i zaśpiewał, pełna sala słuchała ze szczękami na kołnierzykach, bo co jak co, śpiewać potrafił, bawić publiczność też!

Po koncercie i kolacji zadzwonili koledzy z klubu, czy byśmy nie wpadli z Jurkiem poszantować, Jurek oczywiście się zgodził! (Po wielogodzinnej podróży pociągiem ze Świnoujścia, po koncercie! To był właśnie Jurek!) No i się zaczęło, chłopaki z Tabasco Club śpiewali, Jurek im wtórował a czasami było odwrotnie, już nie pamiętam, bo dużo wina przy tym wypiliśmy…

Drugiego dnia Jurek zaśpiewał setkom ludzi zgromadzonych nad miejskim zalewem kolejny niezapomniany koncert. Dzisiaj, choć minęło ponad 10 lat, wielu świdniczan doskonale pamięta tamte wydarzenie, wielu zostało jego wiernymi fanami jeżdżąc za nim na koncerty po Polsce.

Jurek w mojej pamięci zostanie na zawsze, zawsze będzie kojarzył się z łobuzerskim uśmiechem, lekko zachrypniętym głosem, delikatnie zachwianym krokiem dryblasowatej sylwetki gdy wracał z miasta na statek, przyjacielskim objęciem gdy coś w duszy dokuczało i godzinami spędzonymi w kabinie Chiefa na pogaduchach, śpiewaniu, wspominaniu…

Gdyby ktoś spytał, o najkrótsze podsumowanie Jurka, powiedziałbym, że to był BARDZO DOBRY CZŁOWIEK.

Z. Zdjęcia też Z. 🙂

 

Epoka postelżbietańska zaczęła się, pozostały wspomnienia…

08 września 2022, godzina 13:57 czasu środkowoeuropejskiego letniego odeszła kobieta symbol…  I tak się zastanawiam na czym polegała jej niezwykłość, że cały świat obchodzi ten fakt. Już nie mówię o emocjach samych Brytyjczyków i obywateli terytoriów zależnych…

U nas także, media klasyczne i elektroniczne, społecznościowe i antyspołecznościowe nagle wypełniły się treściami o tej kobiecie. Bo przecież to była po prostu kobieta, miała pecha czy też szczęście, że urodziła się w królewskiej rodzinie, odebrała wychowanie przygotowujące ją do objęcia tronu…

Jako młoda dziewczyna jawiła się jako żywa, energiczna, żądna przygód (świetnie jeździła konno, brała udział w wyścigach) osóbka, przy czym bardzo mocno związana emocjonalnie ze swoim ojcem.

Królowa Elżbieta II (29) i książę Edynburga (34) w 1955 roku w Londynie.

Kiedy przyszła wojna z nazistowskimi Niemcami brała czynny udział w obronie Londynu, ani myślała o ucieczce z bombardowanego miasta, wykazała się niezwykłą odwagą i hartem ducha.

Jako królowa świetnie poradziła sobie s przekształceniem imperium w twór zwany Zjednoczonym Królestwem, który działał na tyle sprawnie i z poszanowaniem praw mieszkańców odległych terytoriów zależnych, że ci najczęściej podczas referendów separatystycznych wybierali podległość Wielkiej Brytanii.

Zwykle występowała jako rozjemca podczas kłótni partyjnych, wskazując i pilnując by interesy partyjne nie przysłoniły dobra kraju.

Jednak nie była osobą bez skazy, jedną z jej pasji były polowania, bardzo lubiła w towarzystwie łowczego wędrować po szkockich górach i strzelać do bażantów. Polowała od dziecka, od dziecka świetnie strzelała. I z tej właśnie przyczyny rozlewa się fala hejtu na jej osobę, kierowanego z pozycji zwierzolubów.

Mimo, że lubiła polowanie kochała zwierzęta, psy, konie, nie znosiła niepotrzebnego okrucieństwa wobec zwierząt, to prawdopodobnie dzięki jej wsparciu w 2004r. zakazano polowania na lisy przy pomocy sfory psów, które osaczały biedne zwierzę i je rozszarpywały ku uciesze konnych myśliwych.

Ogólnie rzecz biorąc Królowa Elżbieta II była dobrym duchem polityki brytyjskiej…

Inna rzecz, która bardzo się publiczności nie podoba to rzekoma oziębłość wobec rodziny. No cóż, każdy ma prawo do własnych uczuć, nie znając dokładnie stosunków na dworze i w rodzinie królewskiej, nie można oceniać jej zachowań. Być może życie na tronie nie koniecznie usiane jest różami. Z całą pewnością można stwierdzić, że była kobietą nieugiętą, odważną, bardzo wymagającą, szczególnie od siebie, traktująca służbę krajowi jako najważniejszą rzecz w życiu. Dość powiedzieć, że tuż przed śmiercią przyjęła nowo mianowaną premier Wielkiej Brytanii.

Odeszła w spokoju i z królewską godnością.

Kiedy patrzę na nasz rząd, prezydenta to straszliwie zazdroszczę Brytyjczykom Królowej Elżbiety, z drugiej strony myślę sobie że gdyby u nas był król, pewnie nie byłaby to postać choćby zbliżona do tej Kobiety…

A teraz kilka anegdot o tej wielkiego ducha Kobiecie:

„Jeśli kiedyś zastanawialiście się, jak wygląda feminizm, to pokażę Wam: tak wygląda.
Kiedy w roku 1998 następca tronu Arabii Saudyjskiej Abdullah bin Abdulaziz odwiedził Wielką Brytanię, królowa Elżbieta II, która w czasie II Wojny Światowej służyła w armii jako kierowca i mechaniczka pojazdów wojskowych i do dziś z upodobaniem prowadzi samochody, w charakterystyczny dla siebie sposób, nie przekraczając granic dobrego wychowania zamanifestowała swoje poglądy.
Zaprosiła arabskiego księcia na wycieczkę po swoich szkockich włościach, po czym…
Relacjonuje brytyjski ambasador w Arabii saudyjskiej sir Sherard Cowper-Coles:
„Królewskie Land Rovery zaparkowane były przed posiadłością. Zgodnie z instrukcjami, następca tronu wspiął się do samochodu i usiadł na przednim siedzeniu mając za plecami tłumacza. Ku jego osłupieniu, na siedzenie kierowcy wspięła się królowa osobiście, odpaliła silnik i ruszyła. W tamtym czasie kobiety w Arabii nie tylko nie mogły prowadzić samochodu, ale także siedzieć na przednim siedzeniu podczas jazdy. Abdullah nie był przyzwyczajony do tego, by wiozła go kobieta – nawet królowa. Jego nerwowość wzmogła się kiedy królowa – w czasie wojny kierowca w armii – przyspieszała na wąskich i stromych gruntowych drogach, cały czas nie przerywając konwersacji. Książę za pośrednictwem swojego tłumacza błagał królową, by zwolniła i skupiła się na jeździe.”
Przypominam, że kobietom w Arabii Saudyjskiej pozwolono na posiadanie prawa jazdy i prowadzenie pojazdów mechanicznych 24 czerwca 2018 roku.
Słynny film na 70-lecie panowania z Misiem Paddingtonem ilustruje jej poczucie humoru.

Miała także umiejętność ostrej riposty wygłaszanej w niezwykle dystyngowany sposób.

Królowa powiedziała, co myśli o Putinie, który spóźnił się na spotkanie 14 minut
Ponieważ w ceremonii brali udział także brytyjscy dyplomaci, w tym ówczesny minister spraw wewnętrznych, David Blunkett, który jest niewidomy, na spotkaniu z Putinem znalazł się również pies. O „zakulisowej” roli pupila w umożliwieniu Królowej powiedzenia Putinowi, co myśli na jego temat, Blunkett opowiadał w radiu BBC. Jak wytłumaczył, gdy na miejscu wreszcie pojawił się Putin, jego pies przewodnik zaczął bardzo głośno szczekać i ujadać. Minister, zmieszany sytuacją zaczął przepraszać Królową. Ta, wskazując na Putina, powiedziała: „Psy mają bardzo ciekawy instynkt, prawda?„Całość tekstu tu:link

Zabawną stronę osobowości królowej Elżbiety II odkrył niedawno były oficer królewskiej ochrony Richard „Dick” Griffin, który podzielił się z dziennikarzami historią o spotkaniu z amerykańskimi turystami.

– Podczas spaceru na wzgórzach w pobliżu szkockiego zamku w Balmoral do królowej zbliżyło się dwoje amerykańskich turystów. Jeden z nich zaczął z nią rozmawiać – opowiedział Griffin. Zapytana o to, skąd jest, Elżbieta odpowiedziała, że z Londynu. Dodała, że ma dom wakacyjny tuż za wzgórzem, który odwiedza od ponad 80 lat, odkąd była małą dziewczynką. – Nie powiedziała, że miała na myśli zamek w Balmoral – podkreślił Griffin.

Turysta świadomy, że zamek królewski znajduje się w pobliżu, spytał Elżbietę, czy kiedykolwiek spotkała królową. – Szybko odpowiedziała: nie spotkałam, ale Dick spotyka się z nią regularnie – opowiedział Griffin. Turysta miał zapytać, jaka jest królowa osobiście.

– Ponieważ znałem się z nią od dawna, wiedziałem, że mogę się z nią podrażnić. Powiedziałem: czasami bywa bardzo kłótliwa, ale ma cudowne poczucie humoru – odparł Griffin. Zachwycony turysta objął ochroniarza ramieniem i zapytał, czy mógłby zrobić sobie z nim zdjęcie.

– Zanim zorientowałem się, co się dzieje, wziął swój aparat, dał go królowej i zapytał ją, czy mogłaby zrobić nam zdjęcie. Królowa zgodziła się. Po chwili Griffin wziął aparat i zrobił zdjęcie królowej z parą turystów. Później, jak powiedział oficer ochrony, królowa wspomniała: „Chciałabym być muchą na ścianie, kiedy pokazuje te zdjęcia przyjaciołom w Ameryce i mam nadzieję, że ktoś powie mu, kim jestem”.

Można mieć różne opinie o tej Kobiecie, jednak nie sposób odmówić jej WIELKOŚCI jako władcy i jako człowieka.
Z.

Betonoza- skutek „rewitalizacji”

Betonoza, słowo klucz stało się modne, jako uniwersalne określenie urządzania przestrzeni publicznych w miastach ale i w wioskach zgodnie z koncepcją, że o powadze miejscowości świadczy wielkość odkrytej, pozbawionej zieleni, wyłożonej granitem czy jakąś kostką powierzchni.

Często takie place, przeznaczone przez samorządy na różne wiece, spotkania z mieszkańcami, koncerty czy okazjonalne targi urządzane są w miejscu pokrytym bujną zielenią skweru, gdzie wcześniej ludzie korzystali z wypoczynku.

Działania takie, zwane „rewitalizacją” ( piszę w cudzysłowie, bo przecież znaczenie tego słowa to przywrócenie do życia!) często oparte o widoki z przedwojennych pocztówek, kiedy dzisiaj dojrzałe drzewa były ledwie posadzone. Projektanci tych „rewitalizacji” nie wysilając się zbytnio jakby zżynali jeden od drugiego, bo place są mniej więcej takie same, łącznie z taką samą temperaturą osiąganą w lipcowym słońcu, często powyżej 50 stC.

Betonoza obejmuje również „rewitalizacje” alei miejskich, gdzie wycinane są stare, piękne drzewa a w ich miejsce sadzone rachityczne kolorowe klony czy jakieś inne okropieństwa. Wszystko to pieczołowicie zaprojektowane, podpisane, zaakceptowane przez cały tabun urzędników, ludzi oderwanych najwyraźniej od rzeczywistości, która ledwie dyszy w pełnym słońcu „zrewitalizowanych” placów i ulic.

Często na pokrytej piękną mozaiką betonową (czy z innego materiału) nawierzchni, architekci projektują wymyślne donice z drzewkami. Jest to typowy greenwasching, czyli mówiąc po naszemu zamydlanie oczu ludziom pragnącym naturalnej zieleni w przestrzeni publicznej.

Może nie każdy zdaje sobie sprawę jak cenne są drzewa w mieście, ile korzyści, także wymierzanych w złotówkach, każde z nich generuje. Nie chodzi tu tylko o cień i wytchnienie dla umęczonych upałem mieszkańców. Drzewa pochłaniają zanieczyszczenia z powietrza, produkują tlen, wchłaniając CO2, przyczyniają się do retencji wody opadowej, zacieniają nawierzchnie asfaltowe, przedłużając ich okres eksploatacji o lata. Wszystko to zostało policzone przez naukowców amerykańskich, sprawdzone i potwierdzone przez naukowców na całym świecie. Piszę o tym na stronie „Drzewo obywatelskie”. Sadzenie młodych drzewek to inwestycja, która (jeśli rośliny przetrwają) zacznie działać dopiero za kilkadziesiąt lat, bo te wszystkie procesy, o których wspomniałem wcześniej są generowane przez drzewa dorosłe.

Dla tego powinniśmy stale sprzeciwiać się wycince drzew dojrzałych, powinniśmy domagać się ich pielęgnacji, zapewnienia im jak najlepszych warunków wegetacji, mowa tu nie tylko o pielęgnacji koron ale o zabezpieczeniu wolnej przestrzeni wokół pnia i nad korzeniami.

Przykładem takiej troski jest decyzja samorządu Duszników Zdroju, gdzie usunięto świeżo położoną kostkę w Alei Chopina, ponieważ utrudniała docieranie wody do korzeni rosnących tam drzew, skutek był taki, że drzewa zaczynały zamierać. Decyzja o odsłonięciu gruntu dała już po roku rezultat w postaci przyrostu koron. Niestety, taka postawa samorządu to rzecz w naszym kraju bardzo rzadka. Najczęściej wymogi konserwatorów wymuszające zadbanie o drzewa na inwestorach, jakim są samorządy, traktowane jest jako poważne utrudnienie robót.

Także w dużych, nowoczesnych miastach, jak Warszawa, samorządy zaczynają myśleć w sposób współczesny, stawiając projektantom wymagania w zakresie zieleni miejskiej, w tym zabezpieczenie drzewom jak najlepszych warunków bytowania. Tak wygląda projekt ul. Chmielnej w Warszawie , tym razem jest to próba rewitalizacji, bez cudzysłowia.

Coraz częściej mieszkańcy wraz z samorządowcami „odbetonowują” miejskie przestrzenia wprowadzając wokół miejsca swojego zamieszkania żywą zieleń, jako element znacząco podnoszący komfort życia w konkretnym miejscu. Tak jest np. w Poznaniu.

Wielkie metropolie europejskie zaczynają potężny program zazieleniania centrów miast, jest to sposób na likwidację cieplnych wysp, miejsc o gęstej zabudowie, gdzie nagrzany beton nie pozwala na obniżenie temperatury nawet wieczorami, oddając nagromadzone ciepło do atmosfery. Czas najwyższy wymóc takie regulacje prawne, by możliwe było nasadzanie drzew i krzewów także w zabytkowych częściach miast, podobnie jak to się robi np w Amsterdamie. 

Ocieplenie klimatu jest faktem, tak jak faktem jest, że jedynymi sprzymierzeńcami człowieka w przetrwaniu w wysokich temperaturach jest zieleń, wysokie drzewa i krzewy oraz bujne, wysoko koszone trawniki a nie coś takiego jak na poniższej fotografii, która przedstawia nagrodzony projekt urządzenia przestrzeni miejskiej we Wrocławiu. Nagrodzony! Architekci, idźcie do tej „przestrzeni miejskiej” ze swoimi dziećmi w lipcowe, słoneczne popołudnie…

Z.\Zdjęcia Internet

Czy warto renaturyzować rzeki

Odra

Od dawna mówi się (w środowiskach naukowych i przyrodniczych) o korzyściach, jakie płyną z rzek naturalnie płynących. Od niedawna zaś mówi się o kłopotach i stratach jakie wynikają z uregulowania rzek. Naukowcy doskonale wiedzą co tracimy przez ingerencję w naturę, jednak zwykle ich głos jest niezauważalny, przykryty pokrzykiwaniem różnych lobbystów a to transportu wodnego a to rolników a to przemysłowców potrzebujących czystej wody do produkcji czy chłodzenia i kanału zrzutowego do zużytej wody.

Jakoś tak się utarło przekonanie, że rzeka da radę, sama sobie poradzi z bezwzględnym wykorzystywaniem jej zasobów. Jak się okazało na przykładzie Odry, owszem poradzi sobie ale do czasu. Przychodzi punkt krytyczny, kiedy działania człowieka wobec rzeki stają się dla niej zabójcze.

O tym jakie są pomysły na poradzenie sobie z tym problemem, jak poradzili sobie inni i co z tego wynikło pisze Małgorzata Piszczek. Jej tekst przytaczam w całości.

„Odradzanie rzek.

Wielu z nas ma pomysł na Odrę, czytam to i widzę, jak naginamy rzeczywistość do spójności z naszym obrazem świata. Betoniarze chcą betonować, wędkarze zarybiać, przyrodnicy renaturyzować, katastrofiści ogłaszają koniec świata.
Wygląda na to, że Odra wciąż jest czymś, z czego chcemy czerpać korzyści, osobiste lub monetyzowane. Tak było i tak będzie, jeżeli czegoś nie zmienimy, to tego właśnie.
Czytam o rzece Skjern (Skjern Å), o wielkim projekcie jej renaturyzacji. W latach 80. XX wieku zdecydowano o przywróceniu uregulowanej do postaci kanału największej duńskiej rzece jej delty z mokradłami, meandrami, rozlewiskami i podmokłymi łąkami.
Tak, ale co było przedtem? Jakimi słowami przyrodnicy (a może nie tylko przyrodnicy?) przekonali duński rząd do wrzucenia w mokradła 38 mln euro?

Wróćmy do lat 60. XX wieku. Zapotrzebowanie na grunty orne w małej Danii, wysokie światowe ceny zboża, działania rolniczego lobby i przychylność rządu zdecydowały o odwodnieniu 4000 ha nadrzecznych łąk i pastwisk i zamienieniu ich w pola. Regulacja rzeki miała poprawić ochronę przeciwpowodziową nadrzecznych miejscowości.

Przez około 10 lat rolnicy (za inwestycją było ok. 2/3 z nich) byli zadowoleni z wysokich plonów pszenicy, a rząd z wysokich kwot uzyskiwanych z podatków od jej sprzedaży. Jednak wkrótce zaczęto zauważać niekorzystne skutki prostowania rzeki:

• Zwiększenie liczby powodzi w dolnym odcinku rzeki na skutek szybkiego i masowego spływu wody wezbraniowej.

• Degradację ziem ornych spowodowaną przerwaniem łańcucha „łąki żywią pola” i osiadaniem gruntu spowodowanym utlenianiem materii organicznej (torfu) po jej wyschnięciu (w niektórych miejscach gleba “wypaliła się” i osiadła nawet o metr!)

• Nieskuteczność urządzeń melioracyjnych na skutek obniżenia poziomu gleby

• Zanieczyszczenie delty Skjern i fiordu Ringkøbing, do którego wpada, biogenami (azotem i fosforem z nawozów), żelazem z ilastego podłoża i namułami.

• Spadek liczebności ryb, ich śmierci spowodowane zatruciem lub cofką słonej wody z fiordu do skanalizowanej rzeki.

• Ustąpienie łososi ze Skjern na skutek barier migracji (progów na rzece).

• Zanik cennych przyrodniczo siedlisk i związanych z nimi zwierząt, zwłaszcza ptaków.



Brzmi jak katastrofa ekologiczna? Tak. A przy okazji finansowa – pszenica na skale macierzystej już nie bardzo, ryb mało, ciągle trzeba naprawiać jakieś wały, zasilać przepomownie, obniżać zastawki i płacić odszkodowania powodzianom i rybakom.

Być może przyrodnicy używali języka korzyści, a może to pragmatyczni decydenci bez ich pomocy zdecydowali o „konieczności przeprowadzenia prac naprawczych, mających na celu odtworzenie procesu samooczyszczania rzeki i przywrócenie jej do stanu sprzed skanalizowania. Projekt objął obszar 22 km kw . Uwzględniał likwidację zabudowy hydrotechnicznej oraz przywrócenie meandrującego charakteru rzeki, dzięki czemu ciek główny miał zyskać dodatkowe 7 km. Prace renaturyzacyjne miały na celu poprawę zdolności zlewni retencjonowania związków azotu i fosforu w celu ograniczenia ich odpływu ze zlewni. Założono odtworzenie cennych terenów podmokłych i siedlisk ptaków wędrownych. Projekt miał wspierać rybołówstwo oraz stymulować rozwój turystyki i rekreacji na terenach objętych renaturyzacją […] Prace renaturyzacyjne zostały rozpoczęte w 1999 roku i trwały do 2003 roku. Głównym osiągnięciem była zmiana rolniczego charakteru doliny na zróżnicowany krajobraz bliski naturze.” (P. Chylarecki, ).

 

Dużo czasu (ok. 12 lat) i pieniędzy (ponad 12,5 mln euro) pochłonął wykup i zamiana gruntów. „Farmerzy dostali w zamian za swoje grunty tereny zlokalizowane poza doliną rzeki, które często posiadały lepsze walory użytkowe. Właściciele, którzy postanowili zatrzymać swoje użytki w dolinie rzeki, rezygnowali z rolniczego ich wykorzystywania w zamian za otrzymanie rekompensat od państwa.” (P. Chylarecki).

W latach 1987 – 2002 częściowo odtworzono bieg rzeki, zasypano rowy, zrekultywowano 2200 z odwodnionych 4000 ha. Dolina rzeki zmieniła się w łąki z szybką sukcesją roślin. Również rzeka została szybko skolonizowana przez rośliny i bezkręgowce z jej górnego biegu rzeki. Łososie powróciły na tarliska. Łąki Skjern (Skjern Enge) stały się znów jednym z najważniejszych w Europie Północnej miejsc odpoczynku dla migrujących ptaków wodnobłotnych, a dolina rzeki wraz z torfowiskami, łąkami i wrzosowiskami w interesujący obszar przyrodniczy i miejsce na turystycznej mapie Danii.

Spędziłam w dolinie Skjern kilka dni 10 lat po zakończeniu jej renaturyzacji i już wtedy pytałam siebie – kiedy my?

No, kiedy? Czas na Odrę. Czas na Ślęzę i każdą ważną dla was rzekę. To są korzyści, duchowe i wymierne. To jeszcze nie jest koniec świata.”

Tekst i zdjęcia Małgorzata Piszczek

Jak widać można, tylko potrzebna jest wola polityczna rządu a co za tym idzie ludzie w rządzie, którzy nie przedkładają obaw o poparcie grup interesów nad rację stanu, a taką niewątpliwie jest -czas najwyższy to dostrzec (!) – dbałość o jak najlepsze środowisko życia dla swoich obywateli. To jest priorytet nad priorytetami, nie ciągły wzrost, nie nabijanie kabzy wąskiej grupie „biznesmenów” kosztem środowiska a dbałość by to środowisko było w jak najlepszym stanie. To się przekłada na dobre samopoczucie obywateli, zdrowe i szczęśliwe społeczeństwo, drugi samochód, czy nowy telefon to jest wtórna sprawa…
Z.

Sanna znaczy prawda

Miałem nie zajmować się tym tematem, uważałem że Sanna Marin nie potrzebuje wsparcia, ale to już jest frontalny atak na najlepszego premiera Europy, więc muszę bo…

Premier Finlandii nękana jest od dłuższego czasu przez paparazzich ale nie tylko, wyciekają zdjęcia z przyjacielskich imprez a ostatnio z domu.

Wydaje się, że Pani Premier ma kłopot z identyfikacją szuj w swoim najbliższym otoczeniu. Pewnie ma to związek z tym, że człowiek uczciwy sądzi że wszyscy wokół są uczciwi, prawdomówny, że wszyscy wokół mówią prawdę a złodziej, że wszyscy wokół kradną… Kiedy okazuje się, że tak nie jest następuje szok.

Pamiętam jak się czułem, gdy zostałem okradziony, brrr, straszne uczucie i nie miało związku z materialną stratą, to była wielka rana emocjonalna. Nie wyobrażam sobie uczuć Sanny Marin, kiedy dotarło do niej, że to przyjaciele ją sprzedają…

Do tego media skwapliwie publikują, pewnie za niemałą kasę, wszelkie kompromitujące (mniej lub więcej), bądź potencjalnie mogące ją kompromitować materiały.

Nie jest to nic niezwykłego, od zawsze ludzie kochają plotkować, ściągać do własnego poziomu osobistości wybitne, deptać i opluwać. Jak się okazuje to nie tylko nasza, polska przypadłość, nawet obywatele najszczęśliwszego kraju na świecie lubią sobie ulżyć na osobie, między innymi której to szczęście zawdzięczają.

Szczególnie pewnie boli to towarzystwo to, że premier Finlandii, pani Sanna Marin jest młoda, piękna, mądra i… szczęśliwa. Jakże chętnie zobaczyliby ją w swoim rynsztoczku zdruzgotaną i rozpaczającą, odtańczyliby nad nią taniec zwycięstwa. Mam wielką nadzieję, że pani Sanna Marin pozostanie silna, odważna i z powodzeniem, w sposób wysoce kulturalny będzie odpierać kolejne ataki, wspomagana przez tysiące fanów i fanki z całego świata. Dzięki skandalom sztucznie kreowanym i rozdmuchiwanym przez śmieciowe media, pani premier zyskała ogromną popularność wśród ludzi wrażliwych i mądrze myślących.

Trzymam za Nią kciuki.

Na marginesie:

Sanna po fiński znaczy prawda, jest to bardzo znaczące imię, szczególnie wobec ostatnich wydarzeń, pani premier mimo najszczerszych chęci różnych tabloidów nie została złapana na kłamstwie, nam to się w głowie nie mieści! Jak to!? Premier, polityk i mówi prawdę? Otóż tak i mam nadzieję że tak zostanie.
Sanna Marin nie miała lekkiego życia, wychowywana przez matkę, ojciec zniknął gdzieś za horyzontem, na studia zarabiała sprzedając w sklepie, Mówi o tym z dumą. Jak niewielu europejskich polityków dobrze zna życie od tej gorszej strony, dlatego jest socjalistką, dla tego wspiera kobiety w nierównej walce z męskim szowinizmem, dlatego stworzyła taki rząd jaki stworzyła.

Z.

Exit mobile version